Prawie trzysta pięćdziesiąt stron „karpackiej” prozy Marcina Niziurskiego. Edycja bibliofilska – wszystkie egzemplarze sygnowane i numerowane przez autora.

Góry, od kiedy nauczyłem się chodzić, są dla mnie zbiorową dobrą wróżką, nieodłączną inspiracją, słodką muzyką, soczystym natchnieniem. Zaczarowaniem.
Me nostalgiczne myśli i serdeczne sny dotyczą zwłaszcza Karpat; krążą wokół nich z uporem. Skomplikowanych dziejów geologicznych, a także wyróżniające się przebogatą historią powszechną, zasiedlone przez rozmaite ludy, zatem wielokulturowe i wielowątkowe, leżące na terytorium siedmiu państw, w dużej mierze wciąż dzikie, niedostępne, za każdą bytnością inne, nieco inaczej uformowane i rozmieszczone, uparte kokietować to szatami majestatu, to wdziękiem młodości, coraz urokliwsze, przyciągające równie skutecznie magią wspomnień, co śnionym niewiadomym – płochym, zwiewnym niczym zabłąkany obłoczek, groźnym jak grom czyhający u grzbietu, chmura gradowa – we wnętrzu kryją niezmierne cuda i sekrety. O tym skarbie nawet ja wiem niewiele, czasem wydaje mi się, że nic. Do Karpat mych zimą zdążam przez Kraków, w pozostałe pory roku traktem wzdłuż Wisły, stosunkowo mało uczęszczanym, jakkolwiek starannie utrzymanym i widokowo wielce atrakcyjnym. Tę właśnie drogę letnich moich marzeń spróbuję teraz opisać.