Od Autora: Od dawna życzliwi znajomi i przyjaciele przekonywali mnie, bym nie poprzestawał na uprawianiu publicystyki czy nawet krytyki literackiej zamieszczanej w gazetach i czasopismach, tylko wydawał książki. Przecież wszyscy tak robią i wtedy coś po sobie pozostawiają. A artykuł czy nawet esej w gazecie lub czasopiśmie – rzecz ulotna.
Jako krytyk literacki daleki byłem i jestem od snucia jakichś wizji nowoczesnej narracji (poza może chwilowymi oczarowaniami z okresu pierwiosnkowego), od domagania się od pisarza czegokolwiek innego niż on napisał (chyba że pominął coś takiego, czego pominąć nie wolno); zadowalałem i zadowalam się rolą swoistego pośrednika, jeśli to nie jest za dużo powiedziane, miedzy autorem dzieła, a jego czytelnikiem, czy może raczej kogoś takiego, kto pragnie jak gdyby wtrącić się między nich z jakimiś swoimi uwagami i refl eksjami. Niejednokrotnie chodzi jedynie o to, by o czymś ważnym przypomnieć, coś odkłamać, jakąś niepewnie wyrażaną czy wręcz zakłamywaną prawdę oświetlić jasno, jakieś dzieło zreinterpretować dlatego, że przez lata utrwaliła się niewłaściwa o nim opinia. A także – już poza krytyką literacką, w sposób publicystyczny – jakąś postać z życia publicznego przedstawić w świetle jej czynów i zaniechań, które nieco psują dotąd nieskazitelny i piękny wizerunek. Lub opisać jakieś wydarzenie, przedstawić jakieś zagadnienie, oświetlając je z innej strony, wydobywając jakiś nieznany jego aspekt.